Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Inni mają

     Nowe media wzmagają kreatywność. Nowe media uczą, ułatwiają, rozwijają, pożerają czas oduczają myślenia. Która teza jest prawdziwa?
      Coraz trudniej uchronić dziecko przed laptopem, tabletem, smartfonem, czy jednak należy je chronić? Czy może w imię "kreatywności" i "rozwoju" pozwalać im na ograniczony lub nieograniczony dostęp do tych sprzętów?
       Trudno jest wypośrodkować. Ja mogę napisać to co obserwuję w domu, a mam kogo obserwować i mam niezły przekrój wiekowy.
     Najmłodsza. Najkrócej. Dostępu nie ma prawie wcale. Kilkakrotny kontakt ze smartfonem skutkował chaotyczną zmianą tapety, ustawienia kont, dziwnych smsach i wpisach na FB. Teraz ogląda YT na laptopie. Najczęściej ze Średnią. I w sumie spoko. Chociaż "Świnka Peppa" czy "Teletubisie" to nie jest szczyt moich oczekiwań, to przynajmniej nie epatują skrajną głupotą. Przynajmniej na poziomie dwulatka. Piękne jest natomiast jak krzyknie "Lalalala" i wtedy należy puścić teledyski Luxtorpedy, Lipali, Kultu i innych. Tudzież cały koncert akustyczny z Wujkami. tyle jeśli chodzi o jej kontakt z multimediami. I tyle wystarczy. Przeraża już okresowy wrzask przy wyłączeniu laptopa. Wtedy kategorycznie kończymy.
      Średnia. Jest w pierwszej klasie więc pojawia się już standardowe "chcę telefon, bo Asia, Matrysia, Wojtek i Bartek już mają!!". Tu problem wydaje się głębszy. Mam wrażenie, że większość z Nas poddaje się tej presji i zaspokaja "komfort" dziecka, kupując mu tablet czy smartfon, tylko po to, by nie czuło się wykluczone. Czy jednak wykluczone? Czy nie lepiej nastroić dziecko do pewnego oportunizmu? Dzieci korzystają z tych urządzeń głównie do grania, również w gry logiczne i edukacyjne, które rozwijają, jednak najczęściej to opieka nad wirtualnym zwierzakiem, która ponoć uczy odpowiedzialności, ale co do tego mam wielkie wątpliwości. Wirtualny piesek ma się nijak do własnego czworonoga i pod względem obowiązków, jak i pod względem przyjemności.
      Robią też zdjęcia i nagrywają filmiki. Jakie? Bywa, że przerażające, ośmieszające, złe. Mało który rodzic sprawdza, co jego pociecha ma w "pamięci". A można trafić na rzeczy naprawdę straszne. Dlaczego więc ulegać stwierdzeniu "bo ona ma"? Czy to faktycznie dbałość o rozwój i kreatywność czy po prostu "spokój od dziecka" na kilka godzin? A gdyby tak odwrócić trend? Wspomóc nauczycieli, którzy coraz częściej mówią o tym, że dzieci i młodzież nie rozmawiają ze sobą tylko "siedzą" w wirtualnym świecie? Kiedyś, na pewnym festiwalu, jedna mądra kobieta, wręczając nagrodę dla wokalistki alternatywnej, powiedziała znamienne dla mnie słowa: "Bo tylko zdechłe ryby płyną z prądem". Racja? Uważam, że tak. Moja Średnia będzie płynąć pod. Będę jej stawiał przeszkody i tłumaczył czemu i jak je pokonać. To rozwija. Z pewnych względów i tak stoi po stronie mniejszości, jedna więcej "odmienność" nie zrobi jej krzywdy, a mam nadzieję, nauczy bycia silną w obliczu przeciwności.
     Nie ma tabletu ani smartfonu. Uważamy, że nie są jej potrzebne. Czasami gra na komputerze u Dziadków, czasami układa puzzle na naszym laptopie albo ogląda z Najmłodszą YT. Rozmiar porażki, która mogłaby stać się naszym udziałem, obrazuje dla mnie fakt fascynacji filmikami z...... rozpakowywaniem jajek niespodzianek..... Sama je odnalazła i ogląda z pasją, a mnie to przeraża. Dlatego limituję YT i wolę włączyć Da Vinci Learning ;)
     Najstarsza. Nastolatka. Mówi samo za siebie. Wirtualny świat istnieje 24h na dobę i Ona też by chciała w nim być. Non stop. Sen jest nieważny, ważny jest kontakt z koleżankami, kolegami, chłopakiem. Przeraża zasięg i ogrom tej "choroby". Można zauważyć jedną prawidłowość. Kupiony w celu "edukacji i rozwoju" tablet skończył jako komunikator i narzędzie do głupich gierek i pożeracz czasu. Telefon już dawno nie służy do dzwonienia. Ciężko wręcz dodzwonić się do dziecka, jeśli jest potrzeba. Okresowe kontrole przynosiły wielkie rozczarowanie własnym dzieckiem. Spokojna, ułożona i grzeczna dziewczynka staje się........ brak dość ogólnych słów na to. Kubeł zimnej wody dla rodziców. 
     Pierwszy ban na wifi i telefon i tablet przyniósł same dobre efekty. Po początkowych dąsach, fochach i płaczach, dziecko wróciło na dobrą ścieżkę. Oceny poszły w górę. Nadliczbowy czas, był z konieczności pożytkowany na czytanie i naukę, oraz na rozmowy z rodziną. Niestety. Jak jest poprawa, to wraca również net. Reakcja jest niemal natychmiastowa. Więcej czasu w pokoju (na "nauce"), dziecka w zasadzie nie widzisz przez pół dnia. Telefon zawsze w ręce, bez względu na to co robi. Je, gotuje, gra z nami w planszówkę, bawi się z siostrami, uczy..... zawsze i wszedzie. Rozprasza, kradnie cenny czas. Liceum to już nie są przelewki i to widać. Wystarczy odciąć i efekt jest niemal natychmiastowy. Połączony oczywiście z fochem, żalem i pretensjami. Staje się to jedynym batem na nią "Jeżeli nie poprawisz ocen to wyłączymy wifi!" Żałuję, że nie dostrzegłem tego zgrożenie dość wcześnie, że nie zareagowaliśmy bardziej stanowczo. I tak uważam, że osiągnęliśmy jakiś dziwaczny stan równowagi, że jeszcze nie straciliśmy konatktu tak na stałe. Jeszcze nie piszemy do siebie przez komunikatory.
      Czy więc nie powinno się włączyć kampanii ogólnoświatowej na NIE? Rozumiem, że technologia musi iść do przodu, ale pozwalanie na zbyt duży kontakt dzieci z nią, może powodować głębokie problemy. Czy urządzenia przenośne nie zastąpią nam myślenia? Nie muszę umieć liczyć, mam kalkulator, nie muszę znać dat z historii, mam wujka Google i nieograniczony dostęp do netu, wszystko tam znajdę, jak będzie potrzeba. Prowaddzi to do "tworzenia" ludzi o płaskim światopogladzie, poszukujących informacji tylko wtedy, kiedy jest im to niezbędne. Nie ma miejsca na kreatywność, upajanie się procesem poszukiwania, dociekliwość. Dlatego ich wiedzą są filmiki na YT i śmieszne obrazki na Demotywatorach. Procesu weryfikacji nie ma, jest zbyt czasochłonny. 
     Staramy się tępić takie zachowania w domu, ale co zrobić poza nim? Ktoś powinien otworzyć oczy nim będzie za późno. A może już jest? 


piątek, 16 stycznia 2015

Alicja w krainie baśni, czyli co siedzi w głowie pięciolatka

      Czytam córce polskie legendy na dobranoc. Taką książkę sobie wybrała i jak na razie podobają jej się historie Popiela, Smoka Wawelskiego czy Syrenki warszawskiej. Wczoraj pojawił się natomiast temat, który mnie zaskoczył. "Tato, a czy w tej bajce będzie o bogu?". Zostałem zbity z tropu, "Ale o którym?" pytam, córeczka na to z powagą "No o tym naszym!" 
     Nie posyłam jej na religię, czekam aż dostanie się w szkole na zajęcia z etyki i mam nadzieję, że trafi na dobrego nauczyciela, jak do tej pory jedynymi przekaźnikami spraw boskich byli dziadkowie, teraz okazuje się, że pomimo nieobecności na lekcji indoktrynacji, moje dziecko również otrzymuje swoją dawkę "wiary". Podatny grunt. Szczególnie w okresie świątecznym. Są kolędy, konkurs szopek, jasełka wystawiane przez kolegów, wszyscy tłumaczą dzieciom o szczególności tego dnia, bo wtedy narodził się NASZ bóg. Nasz czyli czyj? 
      "Bogów jest dużo Alusiu. W różnych częściach świata ludzie wyznają różnych. Trudno mi to Ci wytłumaczyć teraz." szukam dobrej drogi w rozmowie. "Czyli, że nie możesz mi tego tłumaczyć, bo to są dorosłe sprawy?" noooooo tak jakby..... "Ciężko jest wyjaśnić kwestie wiary i różnych religii pięciolatkowi Alusiu, boję się, że mogłabyś nie zrozumieć." nie najlepiej mi idzie.... "Bo jakbyś mi wytłumaczył, to ja bym mogła to wytłumaczyć koleżankom i kolegom w przedszkolu!" No jasne! "No właśnie tego się boję, że nie zrozumiesz do końca i jak zaczniecie sobie to tłumaczyć to wyjdzie z tego chaos." A może powinienem spróbować chociaż trochę? "Bo ja lubię tą bajkę o Maryi naszej i Jezusku..." Ach tak? "Alusiu, Maryja nie była nasza, jeśli w ogóle istniała to była Żydówką i mieszkała bardzo daleko stąd." no i bomba.... "Ale oni żyją tam jeszcze teraz, prawda?" no jasne.... "Nie Alusiu, nawet gdyby ta bajka była prawdziwa, to oni wszyscy już dawno nie żyją. To było ponoć ponad dwa tysiące lat temu!" próbuję bezpośrednio, "Ale Jezus żyje?" cios.... "Nie, Alusiu. On też już nie żyje. To tylko bajka, taka sama jak o Smoku i Syrence. Tylko taka jest różnica, że w nią różni ludzie wierzą i uważają, że zdarzyła się naprawdę. Znowu w innych częściach świata, inni ludzie mają swoje bajki zupełnie odmienne od tej i też w nie wierzą." bo jak inaczej? "A ja wierzę!" ups... "Wierzysz w co? Że ta bajka to prawda?" "TAK!".... "No widzisz, a ja nie. Jak dorośniesz to opowiem Ci tą i inne historie i powiem czemu to bajki.".... muszę być przygotowany. "Dobrze tatusiu."
     Nie czuję się zwycięzcą, bo nic nie wygrałem. Ciężko jest uświadomić pięciolatkowi, że to co opowiada Pani (wyrocznia i wszystkowiedząca) w przedszkolu i to co opowiadają koledzy i koleżanki (mniej, lub bardziej składnie) to tylko bajki. Jak ona ma odróżnić bajkę o smoku, którą nikt się nie przejmuje, bo to wymysł, od bajki o Jezusku, który narodził się w stajence (czy Stajence) żeby zbawić świat. Mógłbym pobiec do przedszkola i porozmawiać z Panią, poprosić żeby darowała sobie podprogową indoktrynację, ale co mi to przyniesie? Większość dzieci pochodzi z rodzin "wierzących" może część z nich nawet praktykuje. Taka sytuacja jest całkiem normalna. Na szczęście do następnych świąt problemu jako tako nie będzie. Potem przyjdzie Wielkanoc i.... no właśnie. 
     "Tato, ale Pani mówi, że Jezusek żyje!" taaaaaa... "Alusiu, bo w to święto niektórzy świętują jego narodziny, inne jest święto w pamiątkę jego śmierci, jak będzie się zbliżać to opowiem Ci i o tym." Darowałem sobie zmartwychwstanie. Do takiej rozmowy muszę się przygotować i przemyśleć jak to opowiedzieć mojej pięciolatce.
     Dzieci są chłonne, otacza je świat taki, a nie inny. Gdybyśmy zmienili szerokość geograficzną dostawałaby przekazy o Buddzie, Allachu, czy innym guru. Co pozostaje nam rodzicom? Nie tworzyć tematu tabu, odpowiadać możliwie prosto i bez kręcenia. Niech pociecha widzi, że to jakaś tajemnica, sekretne rytuały tylko bajka, która dla niektórych staje się rzeczywistością. Ja dałem się zaskoczyć, ale otworzyło mi to oczy, że córeczka już chce pewne rzeczy wiedzieć i muszę być przygotowany zawsze, żeby nie zbywać jej zwykłym "Bzdury! Idź się bawić!", bo wtedy poszuka odpowiedzi gdzieś indziej. Może u Pani, która z rybką na aucie przemierza miasto, może u kolegów i koleżanek, może trafi na kogoś bardziej zaangażowanego, na przykład Dziadków. Nie będę jej wzbraniał takich kontaktów, muszę tylko starać się być tuż obok i tłumaczyć to co "niepojęte". 
     Wiara ponoć pomaga dzieciom w poznawaniu świata, ja uważam, że lepsza jest WIEDZA. I w tym kierunku niech to zdąża. Muszę opanować te nasze rozmowy, bo kiedy dorośnie następna temat powróci. wierzący mają łatwiej. Wszyscy wokół ich wspierają w indoktrynacji, w przekonywaniu, że ta jedna bajka jest lepsza od innych, bo zdarzyła się NAPRAWDĘ! Cóż nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale nauczyliśmy się tylu nowych rzeczy jako rodzice, że i tym obowiązkom, rzetelnej rozmowy, sprostamy. Bo jak nie my, to KTO?

czwartek, 15 stycznia 2015

Jak to kobieta nic nie robi.

     Siedzę w domu. Dobijam resztki urlopu noworocznego. Taki los, że jak trzeba wykorzystać, to trzeba wykorzystać. Żona wróciła do pracy. Nie było jej tam półtora roku, więc powoli musi odrabiać zaległości, chociaż idzie to zaskakująco szybko. Ktoś powie: "Super! masz tyyyyle czasu wolnego! Ile to rzeczy można zrobić!". O tak, można.... by, gdyby nie chora, najmłodsza córeczka.
     Słyszałem kiedyś i czytałem w wypowiedziach niektórych, czasem nawet wysoko postawionych, mężczyzn jak to kobieta niepracująca ma mnóstwo czasu, żeby załatwić wiele spraw i powinna czekać na styranego robotą mężusia z gorącym obiadkiem, kapciami i browarkiem. Niech tylko spróbuje powiedzieć, że jest zmęczona po całym dniu biegania po sklepach, gotowania i opieki nad dzieckiem, czy o zgrozo dziećmi! Przecież tak ją natura czy bóg wymyślili (może oboje do spółki), że ma takie zadanie i kropka. Faceci do roboty, Baby do garów, pieluch. I niech nie narzekają, bo przecież czas na pogaduchy też jest, a i serial jakiś się obejrzy.
     Odkąd sam zostałem ojcem, postanowiłem sobie, że zaangażuję się maksymalnie. Poświęcę coś swojego i postaram się mieć wkład w wychowanie dzieci na równi z Żoną. Wiem, jednego nie mam i mieć nie będę, co powoduje, że Mamie zawsze jest łatwiej. No nie nakarmię dziecka piersią, bo nie mam. Wydaje mi się, że przy pierwszej córce udało mi się wytrwać na posterunku. Owszem zdarzało się mieć chwile załamania, wypracowałem jednak całkiem dobry model i po pięciu, z górką latach, wiem, że z tym modelem dam sobie radę sam i w każdych warunkach. Nastał jednak czas najmłodszej.
     Wszystko zbiegło się w czasie. Koniec roku miał być przyzwyczajaniem do żłobka. Grudzień, jakieś święta, potem styczeń i Żona wraca do pracy, ja korzystam z dwóch tygodni więcej w domu. O ile dziecko w instytucji radzi sobie świetnie, nie beczy, zjada nawet systemowe obiadki, to dostajemy to co zwykle czyli infekcje. Jedną po drugiej. W grudniu dwie dawki antybiotyku i wydaje się, że temat jest opanowany. Ale po, dosłownie, trzech dniach w żłobku, mała łapie zapalenie oskrzeli. Zostaję sam z dzieckiem w domu. Pierwszy raz z tak małym i pierwszy raz od lat.
     Więc jak to kobieta zwykle nic nie robi? Musisz mieć plan co na obiad, żeby zakupy zrobić dzień wcześniej, musisz mieć czas, żeby ten obiad zrobić. Nie zawsze ten czas jest, bo dziecko jak nie śpi to jęczy, płacze i generalnie nie puszcza twojej nogawki, wpatrując się wielkimi, załzawionymi oczami i niemą prośbą "weź mnie na ręce i noś, bo mi źle." Nawet wyciągnięcie naczyń ze zmywarki wydaje się być czynnością zbyt wymagającą. Do tego dochodzi brak apetytu (wspomniana przewaga Mamy). Normalnie dziecko je wszystko, teraz nie je nic, co nie przeszkadza mu w powtarzaniu co chwilę "Am, am!". Niestety każda próba skazana jest na niepowodzenie. I co teraz? Nic. Dziecko do spania, a ty do porządków, obiadu i tego wszystkiego co należy zrobić, żeby dało się żyć. Może nastawić pranie? Sprawdzić listę zakupów. Zadzwonić do specjalisty, żeby umówić dziecko na wizytę (musisz sprawdzić w internecie listę przychodni w promieniu 30 kilometrów, żeby mieć szansę, że gdzieś cię w miarę szybko przyjmą). Pamiętać o lekarstwach, jakie i w którym momencie dnia. Nie pomyl się! "Każdy lek niewłaściwie stosowany, zagraża twojemu życiu lub zdrowiu!"
     Wiem opisuję to jako nieustanny armagedon, ale coś z tego w tym jest. Wiem też, że sytuacja z chorym dzieckiem to nie codzienność. Tylko co się zmienia w cyklu dnia ze zdrowym? Zamiast lekarstw musisz pamiętać o spacerze, a jak pada, to humor pociechy też potrafi uniemożliwiać czynności domowe. Polecam każdemu "mądremu", niech zrobi sobie tydzień przetrwania z małym dzieckiem w domu. Ciekawe czy powie, że "siedzenie w domu z dziećmi to przyjemność, a nie praca". Ciekawe. Może nowy program dla jakiegoś programu: "Tydzień survivalu Taty z dziećmi". Ktoś chętny? Ja łapię poziom zaawansowany.
  No przecież się nudzę! Piszę bloga hahahahahahahahahaha o.........
Ktoś na górze jęczy. Chyba pracodawca wzywa.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Urlop, to nie jest wypoczynek!

     Żona postanowiła podzielić się ze mną swoim urlopem rodzicielskim. Ekscytacja sięga zenitu, całe 8 tygodni odpoczynku w domowych pieleszach, bez ciągłej gonitwy, bez porannego zrywania się o 5:45... Ha, jak dobrze pójdzie to urlop świąteczny przedłuży wolne do początku stycznia! Cudowna perspektywa. Oczywiście pojawia się również PLAN, bo bez tego całe to wolne byłoby bez sensu zupełnie. Zapisuję więc w punktach co będzie koniecznie do zrobienia, aby wykorzystać tak długi pobyt w domu. Gdzieś tam zdaję sobie sprawę, że urlop z trójką dzieci (nawet jeżeli dwie chodzą jeszcze do przedszkola i szkoły) łatwy nie będzie, tym bardziej, że to czas przedświąteczny. Lecz cóż, ważne, że WOLNE!!
    Zaczęło się w listopadzie od energicznego wykreślania kolejnych punktów z listy. Nawet to idzie, znikają kolejne zaplanowane fuchy, drobne naprawy i wygląda to wszystko nawet optymistycznie. Nastrój psuje trochę choroba średniej córki, nie na tyle poważna, żeby wycofać ją do domu, ale też uciążliwa ze względu na dużą ilość syropów, suplementów diety o których trzeba codziennie pamiętać. Oczywiście o odpoczynku jako takim nie może być mowy. Wciąż biegam, załatwiam, szukam, spaceruję, naprawiam.... Spokojnie to tylko początek, zachłyśnięcie się wolnym , przyjdzie czas, wszystko się uspokoi i będzie można odetchnąć.
     Akurat. Jasne. Im bardziej na coś liczysz, tym mniejsza szansa na spełnienie. Listopad mija szybko, zbyt szybko i nie nosi cech odpoczynku. Cóż, można się było tego spodziewać. Najgorsze, że będąc w domu zaczynasz szybciej dostrzegać pewne problemy i bardziej się w nie angażować. Najgorsze, bo masz w domu piętnastolatkę, czyli źródło problemów wszelakich. Atmosfera napięta niczym skóra na bębenku. Prawie wszyscy na siebie warczą, każdy patrzy krzywo. W tym wszystkim kaszląca średnia i niejedząca najmniejsza. Średnia też nie je, to akurat standard. Najstarsza się nie odzywa. My chodzimy i cudem nie warczymy na siebie, starając się trzymać w tym wszystkim wspólny front.
     Koniec listopada to kolejny stres. Najmłodsza ma iść do żłobka. Pojawiają się pytania czy będzie płakać, czy będzie jeść, jak ona da radę.....? Bo mało jest innych problemów. Na szczęście dla nas mała daje radę. Przynajmniej jeśli chodzi o płacz. Jest dobrze. Zostaje co prawda na dwie, potem trzy godziny, ale jest dobrze. Tylko nie je. Jak więc wytrzyma na głodzie osiem koniecznych godzin już w styczniu? Wychodzi na to, że będzie musiała, bo oto dostajemy kolejny cios. Po zaledwie pięciu dniach małą jest chora. Szlag. Katar, kaszel, marazm, nieprzespane noce, średnia też kaszle. Cholera... coraz mniej szans na odpoczynek. W tym wszystkim Najstarsza dalej trzyma zbuntowaną minę, średnia wtóruje najmłodszej w kaszlu, szczególnie nocą. Jebnik. W kolejnym tygodniu nie ma szans na żłobek, jest antybiotyk. Niby coś pomaga, ale nie do końca. Średnia jakoś cudem utrzymuje się w kondycji nie do końca tragicznej. Najstarsza przeżywa kolejną traumę rozmowy z rodzicami. Niby jest lepiej.
     Kolejny tydzień to powrót do żłobka. Mała dalej nie je, ale chyba choroba jest opanowana. Średnia też się poprawia, nastroje średnio. Do całego mętliku dochodzi kwestia naszych ukochanych porządków świątecznych i chociaż przyznajemy głośno, że w dupie całe te święta, to i tak zapieprzamy w kółko. Okna, podłogi, ściany, półki standardowy idiotyzm grudniowy. Plus oczywiście planowanie zakupów spożywczych, bieganie za prezentami, wymyślanie tych prezentów. Po cholerę to wszystko? Dodatkowo cios. Wypłata na urlopie rodzicielskim to żenada. Będzie bankructwo i to już chyba przed wigilią. 
     Najmłodsza chodzi do żłobka zaledwie cztery dni. Potem gorączka wraca wraz z katarem i kaszlem. Znów do lekarza. Antybiotyk. Noż cholera jasna! Poczekamy z tym jeszcze, może uda się bez tego dziadostwa. Jasne.... Średnia już chodzi i marudzi o prezentach, coraz mniejszą ochotę mam na to wszystko. Najbardziej marzy mi się ucieczka gdzieś, gdzie pojęcie choinki, wigilii i świąt nie istnieje. Gdzie po prostu i spokojnie można czekać na koniec roku, najlepiej opalając się na plaży. Nic z tego! Do roboty! Pomiędzy odsysaniem smarków z nosa, wtłaczaniem na siłę antybiotyku przy wtórze wrzasku, sprzątaniem zasmrodzonych pieluch, niekończącymi się kłótniami o jedzenie ze średnią i delikatnym rozejmem z najstarszą. Gdzieś tam dziewczyny próbują ratować nastrój i pieką ciasteczka, których miało nie być, choinka już stoi co skutkuje zabawnym efektem brokatu w pieluszce. Ciekawe skąd, prawda? Oczywiście nie może się obyć bez tradycyjnych zgrzytów rodzinnych, które dokładają tylko pewności, że brak świąt to byłby najlepszy okres. Cóż, mamy w domu przynajmniej trzy powody, by to wszystko organizować, cała nadzieja w tym, że jak dorosną dadzą nam spokój. 
     Nareszcie ostatnia prosta. Obżarstwo trzydniowe, potem dojadanie tych samych rzeczy na kolejne obiady, bo się zmarnuje. Czekamy na koniec roku. Najmłodsza wyzdrowiała. Ciekawe na jak długo. Na razie do żłobka nie pójdzie, może po Sylwestrze. Chociaż na powolne wydłużanie pobytu nie będzie już czasu. Średnia poszła do przedszkola, nawet z radością, też już chyba miała dość tego wszystkiego. Rozejm z nastolatką trwa. Chyba bym tego nie powtórzył. To już (chyba) ostatni członek naszej rodziny więc i okazji nie będzie. Definitywnie chcę do pracy, tam odpocznę. Bez względu na to czy mróz, czy deszcz, te osiem godzin poza domem pozwala oderwać się od codzienności, chociaż też tą codzienność tworzy.
     Może to tylko ja jestem taki cienki, może kto inny lepiej odbiera długie pobyty w domu, cóż jestem jaki jestem i muszę z tym wytrzymać. Uważam, że duży wpływ na to wszystko miało nagromadzenie pewnych zdarzeń losowych, ale i bez nich.... Widać nie nadaję się na domatora. Nawet nie wiem kiedy minęło te słynne osiem tygodni. Czuję się bardziej zmęczony niż po robocie. Pozostaje mi już tylko wierzyć, że życzenia "oby następny był lepszy od poprzedniego" wreszcie się sprawdzą, chociaż wiadomo, że nie. Życie jest fajne i ma swoje pozytywne strony. Ale nie każdy urlop służy wypoczynkowi. Jak się ma dzieci to tylko marzenie. 
     A co w tym wszystkim jest najzabawniejsze? Pomimo tego narzekania, rodzina jest jedną z tych rzeczy, których posiadanie czyni mnie lepszym człowiekiem. Uczę się wielu rzeczy od tych bezkompromisowych istot, walczę o skrawek swojego terenu, uśmiecham się w czasie sztormu, przejmuję mnie tylko poważne problemy. Reszta? Phi tam, wszystko da się przeżyć. 
     Uśmiechu i spokoju na ten nowy rok wszystkim życzę. Lepszy nie będzie, będzie inny, taki jaki sobie sami ułożymy.